Zwykli grzesznicy o niezwykłej wierze - recenzja filmu Cristiada

Światowa premiera filmu "Cristiada", opowiadającego o realiach tzw. Powstania Cristeros, miała miejsce na początku 2012 roku w Watykanie. Od tego czasu trafił on do kin wielu państw Ameryki Łacińskiej, w tym oczywiście Meksyku, którego historii dotyczy. Niestety, z "niewiadomych przyczyn" w Stanach Zjednoczonych nie został dobrze wypromowany. Podobnie dzieje się obecnie w Europie, gdzie nowa produkcja przechodzi bez większego echa. Obawiam się, iż z tych samych „powodów”. Co stoi na przeszkodzie dotarcia filmu do europejskich widzów? Bynajmniej nie jego marny poziom artystyczny.

Produkcją "Cristiady" zajął się Pablo José Barroso, Meksykanin znany również z realizacji filmu "Matka Boża z Guadalupe" - opowieści o objawieniu się Maryi w kraju Azteków, której wizerunek jest niezwykle bliski dla wielu Latynosów. Na stołku reżyserskim zasiadł Dean Wright, pracujący w przeszłości nad takimi superprodukcjami jak "Titanic" czy "Władca Pierścieni". Wśród aktorów znalazły się hollywoodzkie sławy, między innymi Eva Longoria („Gotowe na wszystko”, „Ciężkie czasy”) oraz Andy García („Ojciec Chrzestny III”, „Ocean’s 13”). Ten ostatni, grający główną rolę kubański aktor i reżyser, znany jest przede wszystkim ze swojego radykalnego katolicyzmu i antykomunizmu, co jest widoczne w wyreżyserowanym przez niego filmie “Hawana – miasto utracone”, krytycznie ukazującym realia rewolucji kubańskiej. Cała obsada powinna raczej wróżyć kasowy sukces producenta. Dlaczego więc Pablo José Barroso musi usilnie prosić o promocję? Poszukajmy zatem problemów z „Cristiadą” w innym miejscu.

Nie jestem szczególnym znawcą muzyki filmowej, lecz dzięki temu mogę ją ocenić z punktu widzenia przeciętnego widza. Ścieżka dźwiękowa “Cristiady” trzyma wysoki poziom i jest adekwatna wobec tego, co widzimy na ekranie. Doskonale buduje napięcie i wpływa na emocje widza. Urzekają również zdjęcia. Możemy podziwiać urocze miasta w stylu kolonialnym, których centrum stanowi kościół, co wyraża priorytety tego, dosłownie, jak i w przenośni, kolorowego narodu, a także wspaniałe krajobrazy meksykańskich pustyń oraz gór, pośród których katoliccy powstańcy znajdowali nierzadko schronienie. W filmie widoczne są również elementy folkloru jak tradycyjne nakrycie głowy - sombrero oraz charakterystyczna ludowa religijność, objawiająca się w szczególnym nabożeństwie do Matki Bożej z Guadalupe.

Skoro w całej "otoczce" produkcji nie znaleźliśmy żadnych ułomności, przejdźmy do fabuły. Rzecz dzieje się w latach dwudziestych XX wieku, gdy prezydent Meksyku, Plutarco Elías Calles zaostrza swoją antykatolicką politykę. W 1926 roku zostają wprowadzone tzw. "prawa Callesa", w wyniku których rozpoczęto prześladowania katolików. Zagranicznych duchownych wypędzono, a miejscowym zakazano nosić sutanny oraz sprawować publiczne nabożeństwa. Kościołowi odebrano prawo własności, nakazano zamykać świątynie, zdelegalizowano również zakony. Niestety wielu głęboko wierzących chłopów przyjęło od władz zrabowane klasztorom i parafiom ziemie. Trudno dzisiaj oceniać tych ludzi, gdyż doświadczali autentycznej biedy, jednak miało to smutne skutki. Wielu prostych rolników, czujących się beneficjentami lewicowej gospodarki, w drugiej połowie XX wieku poparło herezeję teologii wyzwolenia.
Administracja szybko zaczęła przestrzegać restrykcyjne przepisy. Nieposłuszni kapłani, którzy przedkładali Prawo Boże nad oficjalne prawo rządowe i odważnie pełnili swoją posługę wśród wiernych, byli prześladowani, wielu z nich zginęło w egzekucjach. Wywołało to oczywiście oburzenie i sprzeciw tysięcy katolików, którzy starali się pokojowo walczyć o swoje prawa, pisząc petycje i organizując protesty. Wszystkie te przedsięwzięcia nie przyniosły większego skutku. Nieporuszony prezydent Calles nadal konsekwentnie prowadził swoją nienawistną politykę. Wtedy wśród Meksykanów pojawił się pomysł chwycenia za broń przeciwko wojskom federalnym, co niechybnie uczyniono.

"Cristiada" składa się z dwóch głównych wątków. Pierwszym są dzieje generała Enrique Gorostiety, który, będąc ateistą, staje na czele Cristeros ("Chrystusowców"), ponieważ, jak sam twierdzi, wierzy w wolność, która została odebrana ludziom. Co ciekawe, jako dobry dowódca zna uczucia żołnierzy i w swoich przemówieniach odwołuje się nierzadko do chrześcijaństwa. Gorostieta jest bardzo taktowny oraz szlachetny, między innymi, nakazuje organizację masowych katolickich pogrzebów w mijanych przez jego oddział wioskach, które stały się ofiarą pogromów. Budzi tym wielkie zaufania i szacunek wśród Cristeros. W trakcie walk powstańczych przechodzi duchową przemianę, głównie dzięki odważnemu chłopcu, którego losy stanowią drugi wątek. Oba łączą się ze sobą, gdy małoletni José Luis Sánchez del Río, wstępuje w szeregi Cristeros. Bliżej przedstawiony jest również ksiądz Vega, postać niemal tragiczna. Od samego początku, jako zwolennik walki zbrojnej, bierze czynny udział w powstaniu. W celu zdobycia środków utrzymania oddziału, posuwa się nawet do przestępstwa, w efekcie pozbawiającym życia niewinnych ludzi. Dał tym sposobem mocny argument władzom do ukazania społeczeństwu katolickich powstańców jako bandytów. Podczas zgiełku walk często myli priorytety swego powołania, które ostatecznie przypomina mu proszący o spowiedź, zadeklarowany ateista generał Gorostieta. Vega najpierw i przede wszystkim jest kapłanem, potem dopiero Cristero i Meksykaninem. Wspomniano także postać Anacleto González Flores'a, człowieka świeckiego, angażującego się w pokojową walkę, który - wraz z innymi meksykańskimi męczennikami - został w 2005 roku beatyfikowany przez papieża Benedykta XVI.

Najmłodszym spośród wymienionych męczenników był przywołany José. Łobuz, który pod wpływem swojego księdza, zmienia postępowanie oraz rozpoczyna służbę przy ołtarzu w kościele parafialnym. Poruszony świadectwem odwagi i wiary duchownego, który tracąc życie, zyskuje wieczność, postanawia wstąpić do oddziału Cristeros. Początkowo niechętnie przyjęty, zostaje później ulubieńcem generała Gorostiety, którego inspiruje zapał chłopaka. José otrzymał w oddziale zaszczytną funkcję niosącego sztandar, którą dumnie wypełniał. Po jednej z bitew, w której katolicka strona poniosła duże straty, nastolatek mimo sprzeciwu oddał konia jednemu z generałów utrudniając sobie samemu ucieczkę, po czym uprowadzono go do niewoli. Długo szantażowany José nie wyrzekł się Jezusa nawet podczas bestialskiej egzekucji prowadzonej przez wojsko federalne. Zmarł błogosławiąc znakiem krzyża meksykańską ziemię, która przyjęła ofiarę jego krwi

W filmie niestety nie ukazano sprzeciwu matki młodzieńca wobec decyzji dziecka, dowodzącego o jego wielkim zapale i determinacji. Zapewne powodem tego jest czas nagrania, pomimo tego braku, trwający 2,5 godziny. Jednak mogłoby to wzmocnić obraz tragedii opuszczonych rodzin dzielnych „Chrystusowców”, ukazanej w filmie jedynie na przykładzie zatroskanej żony generała Gorostiety. Przedstawiono natomiast ważną rolę kobiet, które przemycały partyzantom amunicję.

Wszystkie te postaci są w “Cristiadzie” wykreowane bardzo naturalnie. Nie idealizuje się “Chrystusowców”, jak to często bywa w przypadkach opowieści o Emiliano Zapacie, czy innym Guevarze, którym to bandytom, przypisuje się szlachetność i wspaniałe intencje. Dowodzi tego nie pomijanie przez producentów niewygodnych dla katolickiej strony faktów związanych z księdzem Vegą. W filmie widać wyraźnie, iż Cristeros to zwykli grzesznicy, o niezwykłej wierze w zwycięstwo, którzy, nawet skłóceni miedzy sobą, mają wspólny cel pod jednym hasłem: “¡Viva Cristo Rey!” (hiszp. „Niech żyje Chrystus Król!”). Obraz Dean'a Wright'a nie ma nic wspólnego z “cukierkowymi” legendami o wyzwolicielach zgnębionego ludu, przeciwnie, w sposób niezwykle rzetelny przedstawia nieprzemijające idee. Autentyczność tej, nie bójmy się tego powiedzieć, hollywódzkiej produkcji, formą przypominającej western, wśród wielu innych, przekłamanych i propagandowych ekranizacji historycznych jest wielką wartością filmu. Dlaczego gnioty takie jak „Kac Wawa” szybko znajdują dystrybutorów, a „Cristiada” trafia do polskich kin niemal rok po premierze(film ukaże się początkiem kwietnia br.)?

Z pozoru trudna zagadka, okazuje się mieć proste rozwiązanie. Podstawową przeszkodą w promocji jest oczywiście katolickość “Cristiady” oraz przedstawienie historii Meksyku w prawdziwym, niepoprawnym politycznie świetle. Zlaicyzowani rządzący państwami Europy bez wielkich pogromów, małymi krokami, ale konsekwentnie dążą do celów, jakie postawił sobie prezydent Calles w pierwszej połowie ubiegłego wieku. Film, który ukazuje prawdziwe konsekwencje prób dechrystianizacji głęboko wierzących narodów, dodaje odwagi samym prześladowanym i w żadnej mierze nie jest pożądany przez wrogów wiary.

Powstanie Cristeros zmusiło antyklerykalny rząd do tymczasowego załagodzenia prawa, jednak niestety w Meksyku prześladowania katolików trwały przez niemal cały wiek XX. Meksykanie, mimo pozornego braku dalekosiężnych skutków, dali świadectwo, że nie są biernymi chrześcijanami oraz kochają wolność, o której bardzo patetycznie, w typowo amerykańskim stylu, przemawia w ekranizacji generał Gorostieta, zagrzewając powstańców do walki. Po obejrzeniu “Cristiady” przedstwiającej realia walki z wyznawcami Chrystusa przychodzą mi na myśl słowa jakie wypowiedział niegdyś arcybiskup Fulton John Sheen: "Gdybym nie był katolikiem i chciałbym znaleźć prawdziwy Kościół w dzisiejszym świecie, szukałbym takiego Kościoła, który nie żyje w zgodzie ze światem; innymi słowy, szukałbym Kościoła, którego świat nienawidzi."

Szymon Wadoń

Copyright © 2012 orcio.net | Projekt i wykonanie Jerzy Waśko studio graficzne Kraków